Węgierskie wojaże
Ostatnio zmienione 2010-01-08 16:19:01 przez Marcin Borkowski.
![]()
14. uczniów naszej szkoły 26.06.2008r. wróciło ze spotkania młodzieży w
Kamut Bekescsaby. Oto ich relacja z węgierskich wojaży.
Zbiórka pod doskonale wszystkim znanym chojnickim dworcem PKP. Grupa
udająca się w podróż składa się z 11 dziewcząt i 3 chłopców, oraz dwóch
opiekunów. Nikt z nas nie podejrzewa, jakie niespodzianki czekają nas w
drodze.
10:32. Pociąg z Chojnic do Tczewa. Krótka podróż, która
jest tylko przedsmakiem tego, co dopiero nastąpi. Naszym celem jest
Bekescsaba na Węgrzech.
W Tczewie, po przeczekaniu około
godziny, wsiadamy do pociągu InterCity, o podwyższonym komforcie jazdy.
Przedziały są sześcioosobowe, wobec czego czwórka z nas ma w przedziale
dwóch obcych ludzi. Jak się wkrótce okazało, byli to całkiem przyjemni
współpasażerowie. Rzucali nawet bułkami i stąd właśnie wzięła się nowa
ksywka Oli Hrycikowskiej - Buła.
Po długiej, ponad siedmiogodzinnej
podróży mamy za sobą połowę drogi. W Krakowie mamy chwilę czasu żeby
się odświeżyć, coś zjeść. Bolo dostarczył nam najświeższych informacji
na temat cen w toaletach, po czym wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że
idziemy do McDonald'a na kolacje. Ze względu na to, że czas nas gonił,
poszukiwania wyżej wspomnianej restauracji odbyły się w szalonym
tempie.
Po opuszczeniu McDonald'a przenieśliśmy się na
peron, z którego miał odjechać nasz pociąg już na Węgry. Niestety, brak
znajomości krakowskiego dworca dał się nam we znaki, i koniec końców
trafiliśmy na peron, który nie był w ogóle używany, a nieoficjalnie
służył za noclegownię dla bezdomnych.
Z zadziwiającą prędkością znaleźliśmy się na właściwym miejscu. Zmęczeni po dworcowej bieganinie czekaliśmy na nasz ekspres.
Jak to każdy pociąg, i nasz nadjechał z ogromnym hurgotem.
Zapakowaliśmy się do przedziałów, i ruszyliśmy przed siebie. Czekało
nas jeszcze około 11 lub 12 godzin jazdy.
Podróż minęła nie bez
rozrywek, tych pozytywnych i nie tylko. Kiedy po jakimś czasie cała
nasza grupa rozproszyła się po wagonie, było już zdrowo po północy.
Zawsze jest tak, że między godziną 3 a 5 rano wszystkich ogarnia
senność, i nie sposób jest nie zasnąć. Także i my padliśmy ofiarą snu.
I nie tylko snu.
I tutaj właśnie pojawia się nieprzyjemny
aspekt naszej podróży. Mianowicie zostaliśmy okradzeni. Pani Anecie,
naszej opiekunce, zginął portfel z dokumentami, pieniędzmi i kartami
kredytowymi. Przemkowi skradziono aparat fotograficzny, pieniądze i
odtwarzacz MP3. Jak sam później stwierdził, najpewniej jest to robota
„brudnych turasów".
Dalsza część podróży minęła już bez żadnych nieprzyjemnych momentów.
Około godziny 10 rano jesteśmy na dworcu PKP w Bekescsabie. Czeka na
nas pani Maria, nasza opiekunka i organizatorka całej wymiany. Od
pierwszego momentu zyskała sobie sympatie u wszystkich uczestników
imprezy.
Po wyjściu z budynku dworca nasze pierwsze kroki
skierowaliśmy do busa, którym poruszaliśmy się po okolicy. Chwilę potem
okazało się, że Bekescsaba jest wielkim miastem, a nie malutką wioską,
jak wcześniej nam się wydawało.
Pierwszym przystankiem jest
znajome miejsce - Tesco - gdzie wymieniamy pieniądze. Nagle wszyscy
stajemy się niesamowicie bogaci - każdy z nas ma po kilka tysięcy.
Niestety, podstawową jednostką monetarną jest tutaj 100 Forintów (100
Ft.), więc tak naprawdę wcale nie staliśmy się bogaczami.
Znowu w busie. Zaczynamy odczuwać równicę klimatu. Jest niesamowicie
wilgotno, praktycznie nie ma wiatru. Temperatura jest bardzo wysoka,
ale dopiero potem dowiadujemy się, jak tu potrafi być gorąco.
Kolejnym
przystankiem jest komenda policji, na której pani Aneta składa raport i
otrzymuje tymczasowe dokumenty. Blisko dwie godziny w pełnym słońcu
dało nam popalić. Jesteśmy zmęczeni, spoceni. Także pod komendą mamy
pierwszy kontakt z ludnością węgierską - trafiamy do sklepu, gdzie z
pomocą języka „migowego"udaje nam się dokonać zakupów.
Powrót pani Anety wszyscy „świętujemy" oklaskami, i pakujemy się do busa.
Kilka
kilometrów za Bekescsabą leży nasza miejscowość docelowa - Kamut. Tutaj
mieszkamy. Od razu z busa trafiamy do szkolnej stołówki, gdzie
dostajemy obiad. Zaskoczeniem są dla nas ogórki, które - jak z biegiem
czasu się okazuje - podawane są do wszystkich obiadów.
Po
obiedzie zostajemy przydzieleni do poszczególnych rodzin. Już teraz
zauważamy problemy z komunikacją. Niestety, wbrew temu o czym nas
zapewniano, język angielski stał na bardzo niskim poziomie. Jednak, jak
się potem okazało, potrafiliśmy się dogadać.
Spotykamy się
wieczorem, wszyscy odświeżeni po długiej podróży. Po wymianie wrażeń,
tych dobrych i tych złych trafiliśmy na dyskotekę. Mimo tego, że
byliśmy bardzo zmęczeni, bawiliśmy się w miarę dobrze. W miarę - bo
muzyka przyprawiała nas o ból głowy.
Niedziela, 22 czerwca.
Zbiórka o 9 rano, jedziemy na spływ rowerami wodnymi. Bardzo wysoka
temperatura jednak nie przeszkadzała w świetnej zabawie.
Po spływie zwiedzaliśmy muzeum, w którym zorganizowana była wystawa
dotycząca kultury naszego regionu, a miejscowość w której w tej chwili
byliśmy nazywała się Korostarcsa.
Po powrocie do Kamutu
powędrowaliśmy do kuchni w celu przygotowania charakterystycznych,
polskich dań. W naszym menu pojawił się żurek, bigos, pierogi oraz
jedyna w swoim rodzaju sałatka. W kuchni spędziliśmy blisko 4 godziny,
po czym nasze specjały powędrowały na stół. Mimo początkowych obaw ze
strony mieszkańców Kamutu, nasze potrawy ogólnie cieszyły się dużym
zainteresowaniem. Po jedzeniu Krysia, Jula i Magda zaprezentowały układ
taneczny, a następnie całą grupą śpiewaliśmy szanty przy
akompaniamencie Bola i Przemka. Wieczorem powędrowaliśmy do domów.
Następnego dnia, od samego rana przebywaliśmy na terenie parku
wodnego. Był to ogromny kompleks basenów wraz ze źródłami termalnymi.
Tutaj spędziliśmy ponad pół dnia, wychodząc byliśmy zmęczeni i prawie
rozpuszczeni. Jak się potem okazało, temperatura w południe sięgnęła 54
stopni Celsjusza!
Kolejny dzień, wtorek. Spędziliśmy go
bardzo ruchliwie, ponieważ zwiedzaliśmy Budapeszt, stolicę Węgier. W
Budapeszcie mieszka 2,5 miliona osób - ¼ populacji Węgier. Zwiedzanie
rozpoczęliśmy od lewego brzegu Dunaju, Budy. Zwiedzając Stare Miasto
kierowaliśmy się w stronę Wzgórza Gellerta, gdzie znajdowała się Baszta
Rybacka. Po pokonaniu jednego wzgórza i zwiedzenia całego kompleksu
Zamku Królewskiego, wszyscy byliśmy ledwo żywi. Wypiliśmy hektolitry
wody, która wcale nie pomagała. Temperatura sięgała 38 stopni. Przed
nami kolejne wzgórze, na które znów wspinamy się pieszo. Schody,
schody, schody. Wszyscy marudzimy, jednak idziemy dalej. Po
wyczerpującej wędrówce w końcu docieramy na szczyt drugiego wzgórza.
Znajduje się tam wielka rysa na pięknie Budapesztu. Mianowicie
monstrualnych rozmiarów radziecki pomnik zwycięstwa. Obok pomnika
niezliczona ilość straganów z pamiątkami. Schodzimy w dół. Jest
niesamowicie gorąco, więc odwiedzamy jeden z niewielu w Europie, skalny
kościół. Czeka na nas tam niespodzianka - polska kaplica z orłem w
koronie, wizerunkiem Matki Boskiej z Częstochowy i kapliczką poświęconą
Maksymilianowi Kolbe. W końcu w autobusie. Mimo ogromnego wyczerpania
wszyscy jesteśmy zadowoleni z wycieczki, zachwyceni pięknem miasta.
Po przyjeździe do Kamutu kolejna dyskoteka, na której bawimy się
wyśmienicie - co dziwne, biorąc pod uwagę ilość przebytych dzisiaj
kilometrów. Ale jak to się mówi, polak potrafi.
Środa,
ostatni dzień pobytu na Węgrzech. Dzisiaj dzień na zakupy. Trafiamy do
wielkiego centrum handlowego w Bekescsabie. Wymieniamy resztę pieniędzy
i ruszamy na podbój sklepów. Ceny są bardzo przystępne, więc nie
stronimy od wydawania pieniędzy.
Po powrocie do Kamutu
pakujemy się, bierzemy prysznic przed podróżą. Nadszedł czas pożegnania
z rodzinami - pojawiają się łzy, ale przeważają uśmiechy. Przed nami 27
godziny jazdy pociągiem. Mimo ponad dwugodzinnego opóźnienia pociągu,
ta podróż przebiega bezproblemowo, i o 20:20 następnego dnia wszyscy,
cali i zdrowi, wysiadamy w Chojnicach, gdzie czekają już rodzice.
Podsumowując. Bawiliśmy się wspaniale, i mimo problemów z dogadaniem
się, miło spędziliśmy czas. Poznaliśmy trochę kultury węgierskiej,
nawiązaliśmy nowe znajomości, przyjaźnie. Przez słońce schudliśmy.
Jeżeli dobrze pójdzie, w przyszłym roku to my w Człuchowie będziemy
gościć naszych przyjaciół z Węgier. I oby tak się stało, bo są to
wspaniali ludzie. My, jako uczniowie, dziękujemy pani Anecie i panu
„Mariuszowi", którzy się nami opiekowali. Mamy nadzieję, że nie przy
spożyliśmy wielu problemów, i że dobrze się państwo bawiliście, tak
samo jak i my.
Autor: Maciej Maścianica









