Zespół Szkół Społecznych STO w Człuchowie

Strona główna » Wyjazdy

Węgierskie wojaże

Ostatnio zmienione 2010-01-08 16:19:01 przez Marcin Borkowski.

http://tbn0.google.com/images?q=tbn:f_XJOQ3HdhXMHM:http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/c1/Flag_of_Hungary.svg/800px-Flag_of_Hungary.svg.png

14. uczniów naszej szkoły 26.06.2008r. wróciło ze spotkania młodzieży w Kamut Bekescsaby. Oto ich relacja z węgierskich wojaży.

      Zbiórka pod doskonale wszystkim znanym chojnickim dworcem PKP. Grupa udająca się w podróż składa się z 11 dziewcząt i 3 chłopców, oraz dwóch opiekunów. Nikt z nas nie podejrzewa, jakie niespodzianki czekają nas w drodze.
10:32. Pociąg z Chojnic do Tczewa. Krótka podróż, która jest tylko przedsmakiem tego, co dopiero nastąpi. Naszym celem jest Bekescsaba na Węgrzech.

     W Tczewie, po przeczekaniu około godziny, wsiadamy do pociągu InterCity, o podwyższonym komforcie jazdy. Przedziały są sześcioosobowe, wobec czego czwórka z nas ma w przedziale dwóch obcych ludzi. Jak się wkrótce okazało, byli to całkiem przyjemni współpasażerowie. Rzucali nawet bułkami i stąd właśnie wzięła się nowa ksywka Oli Hrycikowskiej - Buła.
Po długiej, ponad siedmiogodzinnej podróży mamy za sobą połowę drogi. W Krakowie mamy chwilę czasu żeby się odświeżyć, coś zjeść. Bolo dostarczył nam najświeższych informacji na temat cen w toaletach, po czym wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że idziemy do McDonald'a na kolacje. Ze względu na to, że czas nas gonił, poszukiwania wyżej wspomnianej restauracji odbyły się w szalonym tempie.

     Po opuszczeniu McDonald'a przenieśliśmy się na peron, z którego miał odjechać nasz pociąg już na Węgry. Niestety, brak znajomości krakowskiego dworca dał się nam we znaki, i koniec końców trafiliśmy na peron, który nie był w ogóle używany, a nieoficjalnie służył za noclegownię dla bezdomnych.
Z zadziwiającą prędkością znaleźliśmy się na właściwym miejscu. Zmęczeni po dworcowej bieganinie czekaliśmy na nasz ekspres.

     Jak to każdy pociąg, i nasz nadjechał z ogromnym hurgotem. Zapakowaliśmy się do przedziałów, i ruszyliśmy przed siebie. Czekało nas jeszcze około 11 lub 12 godzin jazdy.
Podróż minęła nie bez rozrywek, tych pozytywnych i nie tylko. Kiedy po jakimś czasie cała nasza grupa rozproszyła się po wagonie, było już zdrowo po północy. Zawsze jest tak, że między godziną 3 a 5 rano wszystkich ogarnia senność, i nie sposób jest nie zasnąć. Także i my padliśmy ofiarą snu. I nie tylko snu.

     I tutaj właśnie pojawia się nieprzyjemny aspekt naszej podróży. Mianowicie zostaliśmy okradzeni. Pani Anecie, naszej opiekunce, zginął portfel z dokumentami, pieniędzmi i kartami kredytowymi. Przemkowi skradziono aparat fotograficzny, pieniądze i odtwarzacz MP3. Jak sam później stwierdził, najpewniej jest to robota „brudnych turasów".
Dalsza część podróży minęła już bez żadnych nieprzyjemnych momentów.

     Około godziny 10 rano jesteśmy na dworcu PKP w Bekescsabie. Czeka na nas pani Maria, nasza opiekunka i organizatorka całej wymiany. Od pierwszego momentu zyskała sobie sympatie u wszystkich uczestników imprezy.
Po wyjściu z budynku dworca nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do busa, którym poruszaliśmy się po okolicy. Chwilę potem okazało się, że Bekescsaba jest wielkim miastem, a nie malutką wioską, jak wcześniej nam się wydawało.
Pierwszym przystankiem jest znajome miejsce - Tesco - gdzie wymieniamy pieniądze. Nagle wszyscy stajemy się niesamowicie bogaci - każdy z nas ma po kilka tysięcy. Niestety, podstawową jednostką monetarną jest tutaj 100 Forintów (100 Ft.), więc tak naprawdę wcale nie staliśmy się bogaczami.

     Znowu w busie. Zaczynamy odczuwać równicę klimatu. Jest niesamowicie wilgotno, praktycznie nie ma wiatru. Temperatura jest bardzo wysoka, ale dopiero potem dowiadujemy się, jak tu potrafi być gorąco.
Kolejnym przystankiem jest komenda policji, na której pani Aneta składa raport i otrzymuje tymczasowe dokumenty. Blisko dwie godziny w pełnym słońcu dało nam popalić. Jesteśmy zmęczeni, spoceni. Także pod komendą mamy pierwszy kontakt z ludnością węgierską - trafiamy do sklepu, gdzie z pomocą języka „migowego"udaje nam się dokonać zakupów.
Powrót pani Anety wszyscy „świętujemy" oklaskami, i pakujemy się do busa.
Kilka kilometrów za Bekescsabą leży nasza miejscowość docelowa - Kamut. Tutaj mieszkamy. Od razu z busa trafiamy do szkolnej stołówki, gdzie dostajemy obiad. Zaskoczeniem są dla nas ogórki, które - jak z biegiem czasu się okazuje - podawane są do wszystkich obiadów.

     Po obiedzie zostajemy przydzieleni do poszczególnych rodzin. Już teraz zauważamy problemy z komunikacją. Niestety, wbrew temu o czym nas zapewniano, język angielski stał na bardzo niskim poziomie. Jednak, jak się potem okazało, potrafiliśmy się dogadać.

     Spotykamy się wieczorem, wszyscy odświeżeni po długiej podróży. Po wymianie wrażeń, tych dobrych i tych złych trafiliśmy na dyskotekę. Mimo tego, że byliśmy bardzo zmęczeni, bawiliśmy się w miarę dobrze. W miarę - bo muzyka przyprawiała nas o ból głowy.

     Niedziela, 22 czerwca. Zbiórka o 9 rano, jedziemy na spływ rowerami wodnymi. Bardzo wysoka temperatura jednak nie przeszkadzała w świetnej zabawie.

     Po spływie zwiedzaliśmy muzeum, w którym zorganizowana była wystawa dotycząca kultury naszego regionu, a miejscowość w której w tej chwili byliśmy nazywała się Korostarcsa.
Po powrocie do Kamutu powędrowaliśmy do kuchni w celu przygotowania charakterystycznych, polskich dań. W naszym menu pojawił się żurek, bigos, pierogi oraz jedyna w swoim rodzaju sałatka. W kuchni spędziliśmy blisko 4 godziny, po czym nasze specjały powędrowały na stół. Mimo początkowych obaw ze strony mieszkańców Kamutu, nasze potrawy ogólnie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Po jedzeniu Krysia, Jula i Magda zaprezentowały układ taneczny, a następnie całą grupą śpiewaliśmy szanty przy akompaniamencie Bola i Przemka. Wieczorem powędrowaliśmy do domów.

     Następnego dnia, od samego rana przebywaliśmy na terenie parku wodnego. Był to ogromny kompleks basenów wraz ze źródłami termalnymi. Tutaj spędziliśmy ponad pół dnia, wychodząc byliśmy zmęczeni i prawie rozpuszczeni. Jak się potem okazało, temperatura w południe sięgnęła 54 stopni Celsjusza!

     Kolejny dzień, wtorek. Spędziliśmy go bardzo ruchliwie, ponieważ zwiedzaliśmy Budapeszt, stolicę Węgier. W Budapeszcie mieszka 2,5 miliona osób - ¼ populacji Węgier.  Zwiedzanie rozpoczęliśmy od lewego brzegu Dunaju, Budy. Zwiedzając Stare Miasto kierowaliśmy się w stronę Wzgórza Gellerta, gdzie znajdowała się Baszta Rybacka. Po pokonaniu jednego wzgórza i zwiedzenia całego kompleksu Zamku Królewskiego, wszyscy byliśmy ledwo żywi. Wypiliśmy hektolitry wody, która wcale nie pomagała. Temperatura sięgała 38 stopni. Przed nami kolejne wzgórze, na które znów wspinamy się pieszo. Schody, schody, schody. Wszyscy marudzimy, jednak idziemy dalej. Po wyczerpującej wędrówce w końcu docieramy na szczyt drugiego wzgórza. Znajduje się tam wielka rysa na pięknie Budapesztu. Mianowicie monstrualnych rozmiarów radziecki pomnik zwycięstwa. Obok pomnika niezliczona ilość straganów z pamiątkami. Schodzimy w dół. Jest niesamowicie gorąco, więc odwiedzamy jeden z niewielu w Europie, skalny kościół. Czeka na nas tam niespodzianka - polska kaplica z orłem w koronie, wizerunkiem Matki Boskiej z Częstochowy i kapliczką poświęconą Maksymilianowi Kolbe. W końcu w autobusie. Mimo ogromnego wyczerpania wszyscy jesteśmy zadowoleni z wycieczki, zachwyceni pięknem miasta.
 
     Po przyjeździe do Kamutu kolejna dyskoteka, na której bawimy się wyśmienicie - co dziwne, biorąc pod uwagę ilość przebytych dzisiaj kilometrów. Ale jak to się mówi, polak potrafi.

     Środa, ostatni dzień pobytu na Węgrzech. Dzisiaj dzień na zakupy. Trafiamy do wielkiego centrum handlowego w Bekescsabie. Wymieniamy resztę pieniędzy i ruszamy na podbój sklepów. Ceny są bardzo przystępne, więc nie stronimy od wydawania pieniędzy.

     Po powrocie do Kamutu pakujemy się, bierzemy prysznic przed podróżą. Nadszedł czas pożegnania z rodzinami - pojawiają się łzy, ale przeważają uśmiechy. Przed nami 27 godziny jazdy pociągiem. Mimo ponad dwugodzinnego opóźnienia pociągu, ta podróż przebiega bezproblemowo, i o 20:20 następnego dnia wszyscy, cali i zdrowi, wysiadamy w Chojnicach, gdzie czekają już rodzice.

     Podsumowując. Bawiliśmy się wspaniale, i mimo problemów z dogadaniem się, miło spędziliśmy czas. Poznaliśmy trochę kultury węgierskiej, nawiązaliśmy nowe znajomości, przyjaźnie. Przez słońce schudliśmy. Jeżeli dobrze pójdzie, w przyszłym roku to my w Człuchowie będziemy gościć naszych przyjaciół z Węgier. I oby tak się stało, bo są to wspaniali ludzie. My, jako uczniowie, dziękujemy pani Anecie i panu „Mariuszowi", którzy się nami opiekowali. Mamy nadzieję, że nie przy spożyliśmy wielu problemów, i że dobrze się państwo bawiliście, tak samo jak i my.

Autor: Maciej Maścianica